DrukujE-mail
Książki (wszystkie) arrow Dla ducha arrow Lewszynow arrow Sól życia (Andriej Lewszynow)
Sól HimalajskaSól, Himalajska Proszek (500 g)

Sól życia (Andriej Lewszynow)
Powiększ zdjęcie


Sól życia (Andriej Lewszynow)

Cena: 26.00 PLN

Zadaj pytanie o produkt


 

Spis treści

WSTĘP..........................................................................................................5

1. LEWITACJA - TO MOŻLIWEL.......................................................... 6

ty Lewitacja & Lecząc pacjenta leczysz siebie -&■ Niezwykłe oczyszczenie & Jak wygląda człowiek, który przeszedł oczyszczenie

2. MATCZYNA KOŁYSANKA.............................................................. 25

Q Przesłyszenia & Uwierz swemu uchu -Cf Uzdrawiające oddychanie

# Tajemnica leczenia głosem -& Wyleci słowo

3. LECZENIE SŁONI - JAK LECZYĆ PIJAKA...................................52

& Jak przestałem przyjaźnić się z „zielonym wężem"

& Poskromienie szalonego słonia

& Porównajmy się z szalonym słoniem

4. CZAS - NASZ TOWARZYSZ I PRZYJACIEL...............................69

£J Uzdrowiciel Aleksiej i jego recepty

# Odmłodzenie (praktyka zwracania czasu)

& Lecznicze sekrety pór roku, dni i godzin, ziół i korzonków

5. ZŁOTY KLUCZYK ZE STAMBUŁU...............................................101

& Stambuł - miasto cudów

& Zmiana zwykłego klucza 10 złoty - łatający zdrowie

6. ZAPOMNIJMY SŁOWO „OSTEOCHONDROZA"....................120

#" Kręgosłup - oparcie dla ducha & Kocłiaj swój kręgosłup

# Mój sekret zdrowych pleców & Modlitwa - medytacja ty Ćwiczenia głosu i ciała & Sekrety Wschodu

7. ŻOŁĄDEK - WROTA DO SERCA.................................................138

  1. UZDRAWIAJĄCA GWIAZDA......................................................145

 

1. Lewitacja - to możliwe!

Zielonkawe desenie tapet tańczyły przed zamglonymi oczami. Głośny oddech i ciężkie skoki wstrząsały pokojem.

W górę, w dół, w górę, w dół" - huczało w głowie. Ciało przy­pominało matrioszkę; jej zewnętrzna powłoka trącała sąsiednie domy, tak daleko sięgały granice mego ciała.

W ten sposób głowę o sufit rozbijesz" - ta nowa myśl przestra­szyła i skoki niemal ustały. Gorączkowo zacząłem sobie przy­pominać liczne wskazówki i rady, które mistrzowie dawali uczniom próbującym opanować lewitaq'ę. Nie były to najlepsze rady, ponie­waż żadna z nich nie pasowała do tej sytuaq'i.

Zwoje mojego mózgu stały się puste jak rury rzucone pośrodku pustyni. W głowie nie było nic prócz dzwonienia i od tych akustycz­nych wibraq'i granice mego ciała ponownie rozszerzyły się. Wysił-kiem woli rozpuściłem wszystkie obrazy w narastających wibraq'ach. Stało się lżej i teraz ciało ze złożonymi w padmasanie nogami wzla­tywało po każdym upadku coraz wyżej.

Pozostało tylko pokładać nadzieję w Bogu", przemknęło mi przez myśl, i oddech zatrzymał się.

Z migoczącej mgły wypłynęła wisząca na ścianie fotografia. Meble i wszystkie przedmioty w pokoju z wysokości mojego położenia wy­dawały się nieco zmienione, zniekształcone w swoich proporc'ach.

Unosiłem się w powietrzu metr nad podłogą i z boku wyglądałem chyba niczym jakiś pasażer latającego talerza czy dywanu, opuszcza­jący właśnie swój środek lokomoq'i. Strachu nie było, zachwytu nie było, myśli nie było, oddechu - też nie było.

Pomału stan zawieszenia w powietrzu zaczął nudzić. Zachciało się odmiany. Postanowiłem uroczyście udać się do kuchni, przemiesz­czając się w powietrzu dopiero co opanowanym sposobem. To pragnienie wywołało oddech i... 70 kilogramów mojej wagi natych­miast poczuło siłę ziemskiego przyciągania.

Upadek był bolesny, ale rozciągnięty na podłodze i tak czułem się jak w siódmym niebie. Latanie, unoszenie się w powietrzu, było moim marzeniem od dzieciństwa. Bardzo często doświadczałem lotu we śnie i wtedy cały następny dzień mijał pod znakiem szczęśliwej opieki losu. I oto osiągnąłem upragniony stan. Siłą woli, wieloletnią praktyką udało mi się wznieść ciało nad ziemię, zmusić je do pod­porządkowania się sile woli i ducha wbrew ziemskim prawom.

Wyprostowałem odrętwiałe ciało i jęknąłem, czując ból w miej­scach stłuczeń.

Mój Boże, wielka mi rzecz - lewitacja. Ale na koniec upadłeś z samozadowolenia" - powiedział wewnętrzny głos.

Tak, faktycznie nie ma się czym szczycić" - zgodziłem się sam ze sobą.

Spoglądając w przeszłość, na dziesięć lat zajmowania się mistyką, zobaczyłem nie kończącą się drogę w przyszłość.

Z pewnością jest to zaledwie pierwszy krok na drodze" - pomy­ślałem i uśmiechnąłem się. - „Wyobrażam sobie, jak porywająca będzie podróż w nieznane."

Podobnie jak wszystkie małe dzieci czasami marzyłem o przy­szłej pracy; wyobrażałem sobie, że jestem kierowcą, lotnikiem czy kosmonautą. Dziecięce marzenia zawsze koncentrują się na tym kręgu sławy, poważania i szacunku, który oświetlany jest przez społeczeństwo niczym promieniem reflektora. W czasach mojego dzieciństwa bożyszczami byli najczęściej ludzie bohaterskich zawo­dów. Wyobrażając sobie siebie za sterem samolotu lub po prostu za kierownicą autobusu, byłem w duchu zadowolony z wagi wykony­wanej pracy.

Nie podejrzewałem wówczas, że nazywa się to pychą. Bawiłem się w kierowcę, pchałem po podłodze ciężarówkę i sprzeczałem się z bratem, czyja dzisiaj kolej kierować samochodem.

Dopiero gdy nabawiłem się do woli, mogłem spokojnie oddać prawo do kierowania zabawką bratu Saszy. Teraz rozumiem tę prostą prawdę.

Głodny myśli o nasyceniu swego żołądka i nie obchodzą go gwiaz­dy. Dopiero kiedy się naje, może podnieść oczy i dostrzec piękno nieba.

Bardzo długo „obżerałem się". Nie od razu zrozumiałem, uświadomiłem sobie każdą komórką ciała, co to takiego pycha, pragnienie władzy nad innymi. Był czas, kiedy władając wieloma siddhi * zatrzymałem się, sądząc że nakarmią mnie one w ciągu całe­go życia. I z pewnością tak by było. Ale, dzięki Bogu, głód ducho­wego poznania okazał się silniejszy i obudził apetyt całkiem innego rodzaju.

Zapach wody toaletowej wyparował w ciągu pięciu minut od chwili, gdy wyszedłem z hotelu. Wydało mi się, że razem z nią ulatnia się w ogóle cała wilgoć zawarta w moim organizmie. Z głębin pamięci wypłynęły słowa profesora objaśniającego studentom symp­tomy zbliżającej się śmierci człowieka na skutek odwodnienia or­ganizmu.

Główna ulica przypominała rozgrzany piec. Przechadzka po niej od hotelu do pałacu, gdzie mnie oczekiwano, zajęła sześć i pół minuty.

Podszedłem do wymyślnego ogrodzenia, nacisnąłem złoty przy­cisk dzwonka i popatrzyłem do wideokamery.

Z pewnością przypominałem raczej wyschniętą mumię, a nie lekarza, jak było zapisane w dokumentach. Wartownik długo oglądał moje zdjęcie, próbując odkryć jakieś podobieństwo po­między młodym człowiekiem z inteligentną bródką na fotografii a istotą z zapadniętymi oczami i grymasem wyrażającym skrajne cier­pienie. Gdyby ten uzbrojony w automat białozęby młody mężczyzna był doświadczonym reżyserem, potrafiącym już podczas pierwszej próby rozpoznać w niedoświadczonym aktorze przyszłego mistrza, bez wątpienia zrozumiałby, że się uśmiecham i w ogóle jestem pełen sił i energii. Ale...

Z głośnika padła jakaś komenda, nieudany reżyser z kałasz­nikowem na ramieniu oddał mi dokumenty i salutując szeroko otwo­rzył rzeźbioną furtkę.

W cieniu wytwornego balkonu nad głównym wejściem pałacu pojawił się człowiek ubrany na biało i powiedział kilka słów. Po­znałem jego głos, mimo szumu tańczących przed fasadą fontann.

Po raz pierwszy słyszałem ten głos przez telefon dwa tygodnie temu i jego właściciel obiecywał mi złote góry.

Złota na razie nie było (chyba że żółty piasek pod nogami mógł uchodzić za takowe), ale oddany mi do dyspozyq'i samolot i aparta­ment w hotelu dawały podstawy, by liczyć jeśli nie na złote Kiliman­dżaro, to przynajmniej na niewielki pagórek lub kopczyk.

Pracując w domu, w Petersburgu, pomagając chorym ludziom, osiągnąłem dobre rezultaty i uznanie. Nie uważam siebie za Bóg wie jak doświadczonego uzdrowiciela, tym niemniej miałem na swoim koncie uzdrowienia dziesiątek osób, którym pomogłem pozbyć się ciężkich chorób i dolegliwości. Wielu ukończyło moją szkołę za­pobiegania chorobom; były artykuły w gazetach o mojej pracy, programy w telewizji.

Kiedy pewnego dnia rozległ się kolejny dzwonek telefonu, pomy­ślałem, że to rozmowa międzymiastowa. Pomyliłem się. Dzwoniono z innego kraju. Staram się zawsze dowierzać intuiq'i i tym razem także nasłuchiwałem wewnętrznego głosu. Wewnętrzny głos po­wiedział: „Zgódź się; tu jest zimno, a tam ciepło, przynajmniej wy-grzejesz się, opalisz."

Tym razem intuicja mnie zawiodła. Nie będzie równej, złotej opalenizny. Będzie skóra schodząca płatami z kruchego ciała przy­krytego podkoszulkiem i szortami.

- Wejdź, drogi gościu - powiedział gospodarz pałacu po rosyjsku, tylko z lekkim akcentem.

Bąknąwszy w odpowiedzi coś niezrozumiałego, wszedłem do domu niczym właśnie ułaskawiony od kary śmierci.

Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za plecami i rajski chłód obudził w moim zagotowanym mózgu jakieś zainteresowanie.

Na środku salonu królował ogromny wazon z żywymi kwiatami. Wokół z artystycznym smakiem rozstawiono meble. Usiedliśmy w fotelach. Proszę pokazać jej fotografię - poprosiłem gospodarza. Jeszcze w domu ułożyłem plan zabiegów i działań. Sądząc z opowiadania wy­słuchanego przez telefon, przypadek był typowy. Kamienie w pęche­rzyku żółciowym. Siedem dni.

Patrząc na zdjęcie jasnowłosej kobiety, czując jej pole jakby siedziała naprzeciwko, powtórzyłem to samo co dwa tygodnie wcześniej:

- Potrzebuję siedmiu dni; zabiegi rano i wieczorem.

Podczas pracy zawsze wchodzę w trans. Istnieje kilka klasycz­nych sposobów wchodzenia w zmieniony stan świadomości. Opa­nowałem każdy z nich i znalazłem swój własny.

Monie zaczęły pulsować równo z sercem.

- Panie Jezu Chryste, Synu Boży, przez modlitwy Najświętszej Twojej Matki i wszystkich świętych, zmiłuj się nad nami. Panie Boże, Prze­najświętsza Bogurodzico, pobło­gosław - wyszeptały moje wargi.

Pacjentka była Rosjanką i lekko uśmiechnęła się.

Znalazłszy wewnątrz punkt opar­cia, uchwyciłem oddech kobiety. Po kilku chwilach szczególne widzenie pozwoliło mi zobaczyć jej świecącą aurę. Mglisty kontur równo otaczał ciało i tylko na prawym boku, przy talii, szara grudka pola psuła ogólny obraz.

- Lecząc paq'enta leczysz siebie, lecząc siebie leczysz pacjenta -mówił mój Nauczyciel.

Ciało subtelne wokół dłoni zetknęło się z brudną mgłą nad chorym miejscem. Czoło, już teraz gęsto usiane kroplami potu, wydało jesz­cze jedną porcję wilgoci.

Ręce stały się jak z wosku, a wewnątrz swego ciała poczułem coś obcego. Trans stał się jeszcze głębszy. Dłonie robiły swoje, a świadomość widziała tylko oczy Matki, Matki Boskiej. Prosiłem, modliłem się z cichą radością. Jej oczy niemal się uśmiechały. Dziękuję Ci, Matko.

Stopniowo, kontrolując oddech swój i pacjentki, powracałem do tego świata. Ciało kobiety nieco się zgięło, świecąca mgła z prawej strony, pod ciałem, stała się czystsza. Zrozumiałem, że leczenie się rozpoczęło i wewnętrznie rozluźniłem się.

Trzeciego dnia badanie pokazało, że kamienie zmniejszyły się. Kontynuowałem poranne i wieczorne seanse i piątego dnia rezultaty badania ultrasonograhcznego „oszołomiły" osobistego lekarza moje­go gościnnego gospodarza: pęcherzyk żółciowy był pusty, wszystko wyglądało tak, jakby nigdy nie było kamieni.

Jeszcze przez kilka dni wygładzałem astralną ranę, by w pełni od­tworzyć energetykę organizmu. I oto nadszedł dzień odjazdu.

Stałem na balkonie swojego piątego piętra. Swojego, ponieważ mój apartament zajmował całe piętro. W dole, w prostokątnym zwierciadle basenu odbijało się ciemnoniebieskie niebo. Ogromne li­ście palm ledwo się kołysały w strumieniach świeżego powietrza.

Zadowolenie z dobrze wykonanej pracy stało się kolejnym bodźcem. Zapragnąłem uczyć się dalej. Wierzyłem, że przede mną jeszcze bardzo wiele lekqi. Jej oczy były ze mną, nić wiążąca mnie z Nią stawała się coraz mocniejsza. I tym razem choroba została po­konana. Przez kogo? Przeze mnie? Nie. Ta siła, którą proszę o po­moc, znowu pojawiła się w moich rękach. I znowu, któryż to już raz, uświadomiłem sobie, że siła Boga może wszystko, ale nie wolno tracić z Nim więzi, trzeba pracować, trzeba umacniać ducha, kierując się Jego przykazaniami.

Tutaj, na ziemi, wieczorem otrzymałem hojne podarunki i honora­rium. Ale największą nagrodę otrzymuję, kiedy w moim sercu uśmiechają się Jej oczy, które przychylnie patrzą przez przestrzeń i czas.

Jej, Matce Boskiej, poświęcam swoją pracę i od Niej oczekuję na­grody.

Piątego dnia pracy, rankiem, kiedy brałem prysznic, popłynęła mi krew z nosa. Znam ten sygnał przemęczenia organizmu. Można przerwać pracę i odpocząć, ale można też przejść na wyższy poziom działań.

Zetknąwszy się w sercu z mądrymi oczami, uchwyciłem Jej aprobatę i krwotok ustał. To był przełomowy moment, w którym …..................

 

Autor jest znanym rosyjskim uzdrowicielem, mistrzem jogi i reiki, specjalistą w zakresie psychologii, hipnozy i masażu. Napisał kilkanaście książek o uzdrawianiu i samodoskonaleniu. Odwiedził wiele zakątków naszej planety, poznał i twórczo stosuje dawne metody uzdrawiania, które pomagają człowiekowi poradzić sobie Z chorobami i nieszczęściami Proponowane przez niego proste ćwiczenia i zabiegi nie wymagają dużo czasu czy wysiłku, a są bardzo skuteczne. Wielu z nich nie znajdziesz w innych szkołach samodoskonalenia.

Ta książka to zapis osobistych doświadczeń autora na drodze samodoskonalenia. Kamienie milowe na tej drodze wyznaczają podróże do tajemniczych miejsc: pobyt w tybetańskim klasztorze, trening jogi u hinduskiego guru, wizyta w Stambule, nauka u ojca Aleksieja, wiejskiego uzdrowiciela i duchownego. Przywiezione stamtąd pamiątki - ćwiczenia, zalecenia, sposoby - autor ofiarowuje czytelnikowi.

Andriej Lewszynow zawsze kładzie nacisk na związek ciała i ducha, dlatego w książce znajdujemy wiele prostych ćwiczeń pomagających w powszechnych dolegliwościach oraz rozwijających duchowo. Przeczytasz tu między innymi o:

+ oczyszczaniu organizmu, które autor stosował ucząc się lewitacji;

+ uzdrawianiu dźwiękiem;

+ walce z otyłością przy pomocy oddychania przeponowego;

+ prostych sposobach radzenia sobie z bólem pleców;

+ leczeniu poprzez nagrzewanie solą, ryżem, cebulą i octem;

+ sekretnych właściwościach ziół i korzonków;

+ sposobie uwolnienia się od alkoholizmu;

+ uzdrawiającym działaniu gwiazdy Arcygamy i wyspy Walaam.

Z szeregu historii i ćwiczeń wybierz coś dla siebie.







Ostatnia aktualizacja: środa, 23 maj 2012 05:40



Captcha code Type characters you see. OR Type numbers you hear. (Click on image to refresh)
Type characters you see.
 * 
About captcha Project ::  Kupala.Net


www.igya.pl
www.igya.pl